czwartek, 3 lipca 2014

Titanium

Kojarzycie piosenkę Titanium autorstwa Davida Guetty? Teledysk mnie i Freedom bardzo zaintrygował i bardzo chciałyśmy się nim z wami podzielić :D (albo raczej przypomnieć, bo klip jest dość popularny...)
Przypomina nam pewną historię opisaną na pewnym blogu...

Jednorazówka od Sagiego van Cahear aep Reuel ,,Operacja Nocny Ekspres''

(Swoją drogą podziwiam cię za to, że chce ci się pisać jednorazówki pomimo rychłego zakończenia bloga)
~ Enough
 
* * *
 Z mroku wyłaniała się powoli lokomotywa, piszcząc głośno hamulcami. W końcu zatrzymała się – ciężka, ospała, wyrzucająca z siebie kłęby dymu.
I
Ciemność okalała świat swym nieprzeniknionym całunem. Niebo osnute było gęstymi chmurami, światło gwiazd ani księżyca nie miało szans dotrzeć do powierzchni ziemi. Konary drzew kołysały się na lekkim wietrze. W lesie panowała cisza i spokój, nieprzenikniona ciemność tym razem nie wywabiała z ukrycia nawet nocnych drapieżników.
Zwierzęta wyczuwały, że stanie się coś złego.
Nocną ciszę zakłócił cichy, rytmiczny stukot. Stukot z każdą chwilą przybliżał się, stawał się wyraźniejszy i głośniejszy. W ciemności ukazało się okrągłe światełko, zbliżające się razem ze stukotem.
Przez las sunęła masywna lokomotywa, wyrzucająca z siebie kłęby gęstego, smolistego dymu. Zamontowany z przodu reflektor rozpraszał ciemności, ukazując fragment torów na kilkadziesiąt metrów do przodu. Do lokomotywy przyczepione były liczne wagony przystosowane do przewozu bydła. Strażnik, stojący przy znajdującym się na ostatnim wagonie stanowisku ckm-u, mógłby usłyszeć dobiegające z wagonów szepty, niektóre przerażone, inne przepełnione nadzieją. Mógłby, gdyby chciał. Gdyby się postarał, obudził w sobie ludzkie odruchy.
W oddali na torach zamajaczyło drugie, niewielkie światełko. Światełko przybliżało się. Maszynista mruknął coś do stojącego obok niego żołnierza, wskazując mu światełko. Żołnierz odwrócił się i wyszedł z kabiny maszynisty. Podszedł szybko do stojącego przy pierwszym wagonie innego żołnierza. Wymienił z nim kilka słów, po czym wrócił do maszynisty. Przekazał mu słowa, zasłyszane od przełożonego.
Maszynista kiwnął głową, splunął w szalejący w piecu ogień. Pociągnął jedną z wielu dostępnych dźwigni. Zapiszczały hamulce, skład zaczął zwalniać. Szepty w wagonach wzmogły się, jedne niepewne, drugie zdezorientowane, trzecie szczęśliwe, że podróż dobiega końca.
Płonące w oddali światełko przybliżało się coraz wolniej i wolniej, wciąż jednak stawało się bliższe. Maszynista przez chwilę myślał, że pociąg nie wyhamuje.
Ale wyhamował.
- Hans! – zawołał ktoś z tyłu władczym głosem. – Sprawdź, co się dzieje!
- Tak jest! – żołnierz wyskoczył z kabiny na nasyp. Poprawił wiszący mu na ramieniu karabin i ruszył w kierunku majaczącemu w ciemności kształtowi.
II
Ivan westchnął, spojrzał na towarzyszącego mu mężczyznę. Obaj byli ubrani na czarno, wtapiając się w otaczającą ich czerń.
Z mroku wyłaniała się powoli lokomotywa, piszcząc głośno hamulcami. W końcu zatrzymała się – ciężka, ospała, wyrzucająca z siebie kłęby dymu. Ivan, mimo ciemności, ujrzał wyskakującego z niej człowieka.
- Zaczyna się zabawa – szepnął do stojącego po drugiej stronie reflektora mężczyzny. – Dimitri, ja się nim zajmę. Ty bierz ckm-y.
Mężczyzna kiwnął głową, poprawiając fryzurę. Ach ten Dimitri - taki piękniś, nawet w trakcie misji… Włoski oczywiście czesze przynajmniej raz na pół dnia, kilka razy w ciągu godziny poprawia fryzurę. Jest gorszy niż kobieta. Nie rozumiem tego.
Idący w naszym kierunku żołnierz miał do przejścia kilkadziesiąt metrów.
Ivan nie zamierzał pozwolić mu dojść. Zeskoczył z lokomotywy. Był bez broni. Nigdy nie nosił broni. Idący ku niemu żołnierz zawahał się, jednak szedł dalej, widząc przed sobą bezbronnego człowieka. Spotkali się mniej więcej w połowie drogi między składami. Żołnierz kątem oka sprawdził stopień Ivana, a przynajmniej ten, który miał na mundurze.
Ivan nie musiał sprawdzać stopnia rozmówcy. Widział ją już z daleka. Schütze – szeregowy.
- Herr Obersturmführer – uniósł rękę w górę. Ivan odpowiedział na pozdrowienie. – Herr Oberfeldwebel Eberl prosi o przesunięcie składu w inne miejsce, gdyż…
- Spokojnie – mruknął Ivan, kładąc szeregowemu dłoń na ramieniu. Żołnierz zadrżał, wybałuszając oczy, gdy przejmujące zimno rozpłynęło się po jego ciele. Próbował krzyknąć, lecz głos nie przeszedł mu przez zamrożone gardło. Po chwili stał, nieruchomy niczym głaz, z jego zmrożonego ciała unosiły się opary, jednak nikt oprócz Nadnaturalnego nie mógł tego zobaczyć. – Spokojnie.
Ivan ruszył dalej. Cholerni Niemcy. Cholerny wehrmacht. Że też ja muszę chodzić w mundurze SS… Trzeba to kończyć. Mężczyzna uniósł głowę, szukając wzrokiem stanowisk ckm-ów. Wszyscy zajmujący je żołnierze stali zamrożeni w lodowych blokach. Dimitri dobrze wykonał swoją robotę.
Ivan wszedł do kabiny maszynisty. Spojrzał na stojącego tam maszynistę. Ominął go bez słowa. Podszedł do pomostu łączącego lokomotywę z pierwszym wagonem. O niewysoką balustradkę opierał się ze znudzoną miną wspomniany przez szeregowego Oberfeldwebel. Na widok Ivana wyprężył się, jego ręka wystrzeliła do góry.
- Hei…
- Eberl – przerwał mu szorstko Ivan. – Dokąd?
- Do Auschwitz Birkenau, Herr Obersturmführer – nawet, jeśli Niemiec był zaskoczony tym, że jego rozmówca zna jego nazwisko, nie okazał tego.
Ivan uniósł do góry rękę, w jego dłoni uformował się długi i ostry lodowy szpikulec. Przyjrzał się mu z zainteresowaniem, po czym nagle cisnął nim w Eberla. Szpikulec przebił krtań Niemca. Siła rzutu sprawiła, że mężczyzna poleciał w tył; koniec lodowego kolca wbił się w ścianę wagonu. Eberl wisiał, przytwierdzony do drewnianej ściany, krew spływała po jego ubraniu.
- Kończmy to panowie! – zawołał Ivan, podchodząc do maszynisty. Jego również zamroził. Pociągnął wiszącą u sufitu linkę. Rozległ się głośny, świszczący dźwięk gwizdka. Na ten znak, z rosnących wzdłuż torów wyskoczyło kilkunastu uzbrojonych w pepesze radzieckich żołnierzy. Szepty we wnętrzu wagonów wzmogły się jeszcze bardziej. – Dawaj!
Żołnierze podbiegli do wagonów. Zaczęli otwierać je pośpiesznie, z wnętrz tych już otwartych nieśmiało wyglądali wystraszeni ludzie. Żołnierze zachęcali ich do wychodzenia, pośpieszali ich machając rękami.
Ivan wyskoczył z kabiny i zrzucił z siebie z odrazą mundur SS-manna. Podszedł do niego Dimitri, podał mu radziecki uniform.
- Ładna akcja – pochwalił go Ivan. – Ładna, szybka i cicha.
Stojąca na torach lokomotywa, która zagradzała przejazd niemieckiemu składowi, zamazała się i rozpłynęła, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu.
- Teraz tylko pozbyć się pociągu – mruknął Dimitri, łypiąc spode łba na wyłaniający się z lasu konwój radzieckich transporterów.
- Możesz się tym zająć? – spytał Ivan, naciągając na siebie mundur.
- Mogę – odparł Dimitri, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. – Chcesz?
 -Nie palę – przypomniał Ivan. – Ty też nie powinieneś.
- Zabobony z tą szkodliwością – parsknął Dimitri, podpalając papierosa. – Idę. Trzeba wykoleić ten pociąg.
- Tylko pamiętaj, że wszyscy mają nie żyć. Trzy dni wystarczą, żeby ich pochowali.
- Niech cię o to głowa nie boli – Dimitri zasalutował. – Robię dobre iluzje.
- Wiem – Ivan pokiwał głową. – Uważaj na siebie.
- I ty również, towarzyszu.
Dimitri wskoczył do kabiny maszynisty. Krzyknął na wciąż wysiadających z pociągu ludzi, pospieszając ich.
- Tylko niech nikt nie zostanie w środku!
Po kilku kolejnych minutach wszyscy ludzie siedzieli w transporterach. Skład ruszył, Dimitri wyjrzał przez okienko, pomachał Ivanowi. Ten uśmiechnął się i odmachał przyjacielowi. Gdy lokomotywa oddaliła się, niknąc za drzewami, Nadnaturalny wsiadł do czekającej na niego ciężarówki.
Ciężarówka odjechała, nie zostawiając na twardej ziemi żadnych śladów.
Po operacji Nocny Ekspres w ogóle nie zostało żadnych śladów.
_____________
http://way-to-die.blogspot.com/ -> zapraszam ;)
Sagi van Cahear aep Reuel

Rozdział 30 od Esper ,,Próba''


Okrągła trzydziestka! Świętujemy? ;) 
 Miłej lektury!



* * *
  - Mam prośbę. Czy mogłabyś się zamknąć?!
Brak odpowiedzi. To jasne, nie spodziewałam się niczego innego po wodzie. Ale ten irytujący dźwięk doprowadzał mnie do szału! Czy Czarni nie mogli postarać się o to, by w celach nie kapała woda?! Chyba że był to kolejny sposób, żeby nas wymęczyć. Zamęczyć na śmierć tym przeklętym dźwiękiem. PLUM!
Elliot został nabrany na badania. Lorren także. A ja zostałam w celi, za towarzysza mając jedynie wodę skapującą z sufitu. Czyż mogłam wymarzyć sobie lepszy los?
- Błagam, błagam…- jęczałam. Byłam zdenerwowana. I wściekła. Rozważałam w myślach opcję, czy nie wolałabym znaleźć się już w laboratorium, na stole operacyjnym. Tam przynajmniej uwolniłabym się od tego nieznośnego ,,plum’’!
Przewróciłam się na plecy, sprawiając, że prycza zaskrzypiała. Niczego nie potrafili zrobić dobrze, każda część tego przeklętego więzienia miała jakieś wady. Nawet ściany wymurowano byle jak, cegły wystawały tu i ówdzie. Ale po co mieliby marnować siły dla wygody kilku Nadnaturalnych? W końcu lepiej, żeby więźniowie sczeźli z głodu w lochu.
Śledziłam wzrokiem linie na suficie. Układały się w przedziwne wzory, łącząc się, krzyżując i splatając.
Kolejny irytujący dźwięk wdarł się do mojej głowy. Ktoś odsuwał zamki w drzwiach, a chwilę później pchnął mocno wrota, czemu towarzyszył przeraźliwy szczęk metalu o kamień. Znużona, odwróciłam głowę w stronę źródła dźwięku. Oczekiwałam ubranej na czarno postaci, w wysokich glanach i czarnych okularach. W wyobraźni już widziałam jak wyciąga po mnie swoje wielkie łapska, a potem cięgnie mrocznym korytarzem do laboratorium. Kładzie na stole, obwiązuje pasami. Rozpoczynają się teksty. Jestem wyczerpana, łapczywie wciągam powietrze przez nozdrza, byle tylko wytrwać dłużej…
- Esper- rozległ się cichy szept. Potrząsnęłam głową, by odebrać wizję przyszłości.
W drzwiach stał wysoki chłopak, blondyn, o niebezpiecznie zielonych oczach. Will.
- Chcę pomóc- powiedział, robiąc krok w moją stronę.-Chodź.
Starałam się panować nad sobą. Nie miałam zamiaru poddać się emocjom, chciałam zachować zimny spokój. Ale kiedy Will chwycił mnie za rękę, wszystkie postanowienia wzięły w łeb. Szybkim ruchem przekręciłam się na pryczy i z całej siły uderzyłam chłopaka pięścią w twarz. Co z tego, że później ból był nie do wytrzymania, czego przyczyną były zapewne twarde kości policzkowe, w które uderzyłam. Will wzbudzał we mnie same negatywne uczucia, a ręce aż mnie świerzbiły, byle tylko jakoś mu wynagrodzić za to, co zrobił.
Bez zbędnych okrzyków Will złapał się za twarz. Widać, iż nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
- Co robisz?- spytał cicho, gdy rozmasowywał obolałe miejsce.
- Co ja robię?!- warknęłam.- Myślałeś, że będę witać cię na kolanach i błagać o przebaczenie?! Perfidnie zdobyłeś moje zaufanie, a potem zdradziłeś całą naszą Szkołę!
- Wiem, ja…- zawahał się. Czułam, że chce przeprosić, ale wiedział, że jego słowa spotkają się tylko z kolejną obelgą.- Pomagam. Wam, Nadnaturalnym. Andy i ja zorganizowaliśmy ucieczkę.
Prychnęłam.
- Kłamiesz- wycedziłam przez zęby.- Nie byłbyś do tego zdolny.
- A jednak- mruknął.- A teraz, chodź!
Niespodziewanie złapał mnie za nadgarstki i pociągnął w stronę wyjścia. Próbowałam się wyswobodzić, lecz nie miałam szans, Will miał żelazny uścisk.
Wyprowadził mnie na korytarz. Nie obchodziło mnie to, że Will mówił, że chce pomóc. Ja widziałam w nim jedynie zdrajcę. Wolałam pozostać w celi niż udać się gdzieś z nim.
Zaczęłam krzyczeć. Darłam się tak, jakby obdzierano mnie ze skóry. Chciałam zwołać do lochów Czarnych, który pochwyciliby Willa.
Chłopak przycisnął mnie do ściany i skutecznie przysłonił usta dłonią. Umilkłam.
- Co ty sobie wyobrażasz?!- syknął. Jego twarz znajdowała się kilkanaście centymetrów od mojej.- Cały plan może pójść na marne tylko przez twoje wybryki! Więc zamknij się i współpracuj!
Wytrzeszczyłam oczy, zaskoczona jego bezpośredniością. Powoli opuścił rękę, wpatrując się we mnie zimnym wzrokiem. Cofnął się kilka kroków, podszedł do drzwi i zaczął mocować się z zamkami. Gdyby Will nie zdradził mnie w tak dotkliwy sposób, może i bym mu zaufała. Lecz emocje wzięły górę, a ja puściłam się biegiem przez korytarz, byle dalej od jasnowłosego chłopaka.
Starałam się przyspieszać, bo wiedziałam , że Will mógłby mnie dogonić. Dotarłam do pierwszego zakrętu i niespodziewanie napotkałam na swojej drodze inną osobę. Wpadłam na nią z pełnym impetem, zwalając z nóg.
Usłyszałam ciche przekleństwo. Przetarłam oczy i poniosłam się z ziemi, mierząc wzrokiem przeciwnika.
- Andy!- Nie zdołałam powstrzymać cichego okrzyku, gdy zobaczyłam przed sobą tą blond czuprynę i ciemnozielone oczy. Chłopak uśmiechnął się lekko.
- Esper- odparł. Po chwili dostrzegłam inną postać, stojącą kilka kroków za nim. Uniosłam brwi na jej widok. Andy, widząc moje spojrzenie, wyjaśnił pospiesznie:
- To Jassy. Przebywała ze mną w Chicago, kiedy nas porwali.
Dziewczyna wynurzyła się z cienia z nieśmiałym uśmiechem. Podała mi dłoń na powitanie, lecz ją zignorowałam. Zerkałam na nią niepewnie.
- Mieliśmy jeszcze kogoś zabrać?- zapytał Andy.
- Lorren i Elliota, ale nie wrócili jeszcze z badań. Pewnie siedzą na górze, w laboratorium –rozległ się głos za mną.
Odsunęłam się w bok, przepuszczając Willa. Już nie próbował mnie złapać, rozmawiał z Andy’m na temat ucieczki. A to oznaczało, że mówił prawdę- chce pomóc.
- Będziemy musieli wrócić po innych- stwierdził. – Nie możemy ryzykować niepowodzeniem. Sprawdzałeś kod?
Will przytaknął.
- 7702- odrzekł krótko.
- Idziemy.
Andy szedł na czele, za nim niepewnie podążała Jassy. Will zabezpieczał tyły, dbając o to, bym znów nie uciekła. Tym razem jednak nie zamierzałam. Andy NAPRAWDĘ był w to zamieszany, a to oznacza, że możemy uciec.
Możemy uciec. Wydostać się stąd. Nie wierzę! Możemy uciec! Możemy uniknąć testów, mordęgi w celach. Możemy zaśmiać się w twarz ludziom ze Stowarzyszenia! Możemy dać im prztyczka w nos i odejść. Być wolnym.
Niespodziewanie wpadłam na Jassy. Dziewczyna odwróciła się i posłała mi karcące spojrzenie. W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami. Nie było sensu marnować słów na durne przeprosiny.
Wyjrzałam zza ramienia Jassy. Andy właśnie wpisywał ostatnią cyfrę kodu, abyśmy mogli wydostać się z lochu. Jak na razie szło gładko, na niższym piętrze nie było strażników, ponieważ Czarni wierzyli w skuteczność stalowych drzwi, mnóstwa zamków, labiryntów korytarzy . Nie wierzyli jednak w to, że ktoś z wewnątrz może pomagać uciekinierom. Ktoś taki jak Will. Może nie jest najlepszym sprzymierzeńcem, jakiego mogliśmy dostać. Może nadal mu nie ufam i chyba nigdy nie zaufam. Ale myśl, że mamy szansę wydostać się z więzienia przysłaniała wszystko inne.
Rozległo się ciche ,,klik’’! Drzwi lekko się uchyliły, dając możliwość przejścia. Andy wychylił głowę, mierząc wzrokiem nowy korytarz. Dał nam znak ręką, byśmy podążali za nim.
Minęliśmy jeden zakręt. I wtedy zaczęły się kłopoty.
Czterech Czarnych zauważyło naszą obecność. Nie byli byle kim, do pasa przypięte mieli noże, w rękach każdy z nich dzierżył pistolet. Widząc nas, zaniemówili na kilka chwil. Potem rozsądek wziął górę nad chwilowymi emocjami i rzucili się na nas.
Ostry wiatr zahuczał w pomieszczeniu. Powietrze kuło niczym drobniutkie szpilki w każdą nieosłoniętą część ciała. Wiatr świszczał, prześlizgując się pomiędzy poszczególnymi osobami. Czarni widząc, co się dzieje, szybko nacisnęli spusty. Cztery kule mknęły w naszą stronę. Całe szczęście, że przeciwnicy nie mierzyli dokładnie w żadnego z nas; dwa pociski odbiły się od ścian, jeden pochłonął wiatr, a ostatni z głośnym trzaskiem uderzył w grubą ścianę lodu. Mężczyźni cofnęli się, a my taranując ich, przepchaliśmy się w głąb korytarza.
Powietrze rozdarł przeraźliwy pisk. Światło lamp zwisających pod sufitem zmieniło barwę na krwistoczerwoną. Włączyli alarm.
Przyspieszyliśmy. Na pierwszym skrzyżowaniu alejek wpadliśmy na kolejnych członków Stowarzyszenia. I wtedy do akcji wkroczył Will. Skoczył na strażników z głośnym powarkiwaniem. Zamachnął się pazurami na twarz pierwszego z nich, pozostawiając głębokie rany. Następny został obdarowany potężnym kopniakiem w brzuch, a kiedy zgiął się wpół, Will z całej siły uderzył go zaciśniętą pięścią w potylicę. Mężczyzna padł na ziemię.
Tamci nie pozostali mu dłużni. Jeden z nich ranił go nożem w ramię. Will zawył z bólu, lecz zdołał drugą ręką dobić bandytę. Przedarliśmy się dalej.
Zerknęłam z niepokojem na Willa, obawiając się, że nie będzie zdolny do walki. Bardzo się zdziwiłam, gdy ujrzałam jak jego rana powoli się zasklepia, by wkrótce nie pozostało po niej ani śladu.
- Cecha wilkołaków- skomentował tylko.
Półmetek. Ostatnia prosta. Na końcu długiego korytarza widać było drzwi. Już niedługo. Będziemy wolni! Będziemy wolni! Będziemy…
Poczułam muśnięcie w okolicy łokcia. Z przerażeniem zerknęłam w tę stronę i westchnęłam z ulgą, nie dostrzegając rany.
W korytarzu rozległ się okrzyk bólu. Poczułam, że wpadam na kogoś i po chwili leżałam już na ziemi, przyciskając do niej Jassy. Szybko podniosłam się i spróbowałam pomóc jej wstać. I wtedy to dostrzegłam. Dziewczyna przyciskała rękę do zakrwawionego uda. Z ramy postrzałowej wciąż wypływała krew. Widziałam, jak próbuje bezskutecznie ją zatamować. Widziałam przerażenie w jej oczach. Chyba próbowała coś powiedzieć, ale…
Dopadli nas. Odziani na czarno mężczyźni rzucili się na nas, przyciskając całym ciężarem do ziemi. Słyszałam pełne przerażenia okrzyki Jassy. Słyszałam warkot Willa, kiedy próbował się wyswobodzić. Słyszałam także własne krzyki, pełne wściekłości i bezradności. Jeden z Czarnych skręcił mi nadgarstki, zupełnie nie zważając na to, że był to fizjologicznie niemożliwy ruch. Poczułam zimny metal, gdy zapiął mi kajdanki. Nie mogłam z nim walczyć, byłam zbyt słaba fizycznie, a do tego moc również mi zabrano.
Kątem oka dostrzegłam Andy’ego, który szamotał się w uścisku dwóch mężczyzn. Po chwili udało im się spętać chłopaka, a ten opadł bezradnie na ziemię. Z jego oczu popłynęły łzy.
Zerknęłam w kierunku, gdzie skierowane były jego oczy. Fala wściekłości zalała mi organizm, gdy spostrzegłam nieruchomą Jassy. Krew nadal wypływała z przestrzelonej tętnicy. Czarny, nie zważając na stan dziewczyny, brutalnie podniósł ją z ziemi. Nie wierzyłam w to. Nie wierzyłam w to, że zginęła.
Przyszła kolej i na mnie. Brudne łapska zacisnęły mi się ramionach, unosząc w górę. Popychano mnie i dźgano pistoletami, bym szła szybciej. Przymknęłam oczy, nie chcąc pozwolić łzom płynąć. Nie chciałam się rozkleić tylko dlatego, że wszystko poszło nie tak. Przecież nie możemy się poddać…
Zaprowadzili nas do przeszklonej sali, która dzieliła się na dwa pomieszczenia oddzielone ścianką. Ustawili nas w jednej linii, mnie i Andy’ego. Nie wiedziałam, co stało się z Jassy.
Popchnęli nas, zwalając na kolana. Ręce mieliśmy za plecami. Uniosłam niepewnie głowę. Przed sobą, w drugim pomieszczeniu, zobaczyłam dwóch mężczyzn w białych kitlach, jeden był dość niski i z lekką nadwagą, drugi, który przerastał swojego wspólnika o głowę, wydawał się o wiele bardziej szczupły. Dostrzegłam burzę brązowych włosów na jego głowie.
- Patrzcie tam- warknął ktoś z góry. Posłusznie omiotłam wzrokiem całe pomieszczenie. Dopiero teraz dostrzegłam postać w kącie pomieszczenia, skuloną i najwyraźniej skutą. Gdy chłopak podniósł się z ziemi, jęknęłam cicho. Will.
Miał kajdanki na kostkach i nadgarstkach. Miedziane łańcuchy prowadziły od nich aż do ogromnej metalowej siatki, która zajmowała prawie trzy czwarte wysokości pomieszczenia. Wysoki naukowiec zbliżył się do niewielkiego urządzenia, które stało na drewnianym stoliczku, podłączone do siatki. Przekręcił pokrętło.
Prąd przeszedł aż do kajdanek. Will wrzasnął z bólu, zaciskając ręce w pięści. Dostrzegłam jak paznokcie przeobrażają mu się w pazury. Szybko odwróciłam wzrok.
- Patrz tam- powtórzył głos z góry, po czym poczułam dłoń, zaciskającą się na mojej szczęce i zwracającą spojrzenie z powrotem na maltretowanego Willa.- Czyż to nie jest cudowne? Ten wilczek jest w stanie wytrzymać o wiele więcej niż zwykły człowiek. Możemy go torturować znacznie dłużej.
Poczułam łzy, cisnące mi się do oczu. Naukowiec przy urządzeniu wykonał nieznaczny ruch nadgarstkiem, zwiększając moc. Od ścian odbił się echem kolejny krzyk Willa, gdy ten opadł na kolana. Całe jego ciało drżało do napływającej energii. Jeden stopień wyżej. Will wyrzucił głowę do tyłu, z gardła wydobył się ryk wściekłości. Dostrzegłam kły. Gdy mężczyźni na chwilę przerwali tortury, chłopak opadł bez sił na ziemię. Zwrócił na mnie swoje spojrzenie, a ja miałam ochotę się rozpłakać, gdy w tych oczach, jednym nadal mocno zielonym, drugim żółtym od prawie zakończonej przemiany w wilkołaka, dostrzegłam rozpacz i bezsilność. Po chwili krzyk znów wypełnił pomieszczenie.
- Widzicie- rzekł mężczyzna, który pilnował, byśmy nadal wpatrywali się w przerażającą scenę.- To jest kara za próbę ucieczki.

środa, 2 lipca 2014

Rozdział 32 od Lorren "Nic nie dzieje się przypadkiem"

Hejka, proszę oto kolejna notka, pewnie zauważyliście, że dość często wstawiamy, ale za niedługo będziemy kończyć... :( 
Miłej lektury! Pozdrawiam :)
_____________________      

       Nie rozpłaczę się.
       Nie dam im satysfakcji.
       Będę się bezczelnie gapić im w oczy i uśmiechać równie ironicznie jak oni.
       Będę im robić wszystko na przekór, na złość.
       Będę się mścić.
Z tymi postanowieniami wkroczyłam dumnie, z głową zadartą do góry, do przeznaczonego mi bloku. Odwróciłam się na pięcie i spojrzałam wyniośle na Czarnego zamykającego multum kłódek na przerdzewiałych kratach drzwi. Mężczyzna skrzywił się dziwnie na widok mojej pogardliwej miny, po czym oddalił się szybko, bez słowa.
        Zabrali mi ojca, zabrali mi Lexi, ale nie zabiorą mi mojego poczucia własnej wartości. Będę im to perfidnie uświadamiać na każdym kroku. Co z tego, że wewnątrz jestem zniszczona, jestem jedną ruiną, ludzkim wrakiem. Chyba kompletnie mi odbiło. Moja psychika szwankuje… Przed chwilą na moich oczach zabito moją towarzyszkę, oddaną przyjaciółkę… a ja szczerze się bezczelnie do sprawców tego mordu. Na niczym mi już nie zależy. Zalezę im jeszcze za skórę, zobaczą! Będą mnie tu długo pamiętać!!! Co mam do stracenia? Wszystko mi zabrali, zabrali mi dom, część najbliższych, zdrowie, życie. Nie mam nic do stracenia! Zresztą i tak jestem już zimnym trupem, to proste, że nie wyjdę stąd żywa.
- A ty co się tak szczerzysz?- rzuciła lodowatym tonem Esper, mrożąc mnie spojrzeniem. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami, chociaż mogłabym ją wtajemniczyć w swoje plany uprzykrzenia życia naszego oprawcy…
- Ktoś wie, co się stało z Antaniaszem?- W głosie Elliota nie dało wyczuć się emocji. Spojrzał kolejno na mnie i Esper również bez cienia emocji, po prostu uniósł ospałe oczy i zmierzył nas nimi, jakby spodziewał się, że nie uzyska odpowiedzi. I tak też było. Obydwie przemilczałyśmy ten temat. Nie mam zielonego pojęcia co teraz dzieje się z Mędrcem… Ostatni raz widziałam go podczas bitwy. W ogóle nie wiem co z innymi. Ja z rodzeństwem zamknięci jesteśmy w jednym cuchnącym bloku, w podziemiach, odseparowani od innych, więc nie mam pojęcia co ich spotkało, czy każdy wylądował w osobnym bloku, w miejscu oddalonym ode mnie o całe kilometry więziennych korytarzy? Z jednej strony ciekawa byłam jak wyglądają pozostałe lochy, z drugiej strony trochę przerażało mnie to zaintrygowanie… Nasze więzienie był okropne. Powietrze wypełnia odór pleśni i rozkładu. W pomieszczeniu znajdowały się trzy prycze i kupa siana (która jak się domyśliłam miała nam służyć za ubikacje). Ściany były tu krzywe, z nierównych cegieł i kamiennych kostek. W kątach było biało od lepkich pajęczyn, a pająki swobodnie spacerowały po ścianach. Posadzka była zimna i dziurawa, w niektórych wnękach myszy uwiły sobie gniazdka. Nasz blok z grubsza przypominał średniowieczny loch… tymczasem cała góra, wszystko co znajdowało się na powierzchni, co było do dyspozycji Stowarzyszenia było super nowoczesne. W bazie było pełno urządzeń elektrycznych, unowocześnień i udogodnień. Gdy sprowadzano nas do lochów, już po pełni… (swoją drogą jeszcze nigdy się tak nie bałam jak tej nocy) dane mi było zobaczyć kilka przeszklonych tuneli i wiszących w powietrzu, szklanych korytarzy, które przypominały ogromne rury hydrauliczne. Wszyscy Czarni, których mijaliśmy po drodze spoglądali na nas z pogardą… Odwzajemniałam ich spojrzenia bez najmniejszych oporów. Od razu z ust znikały im te potworne szelmowskie uśmieszki!
      Kolejne kilka godzin upłynęło nam w kompletnej ciszy. Tylko woda kapała z sufitu, a krople spadały na ziemię w równym rytmie doprowadzając mnie tym do szału. Plum! Omiotłam wzrokiem loch, próbując wynaleźć jego słabe punkty. Plum! Poprawiłam się nerwowo na swojej pryczy i zerknęłam na Esper, która beznamiętnie wpatrywała się w nieokreślony punkt w podłodze, szeroko otwartymi oczami. Plum! Plum! Wydęłam policzki i uciekłam myślami do Tony’ ego. Plum! Starałam się ignorować ten dźwięk, lecz zapadł głęboko w mojej podświadomości i napastował mnie teraz, kończąc psychicznie. Plum! Ciekawe czy w celach innych też tak kapie woda…? Plum! Zaczynałam totalnie fiksować. Plum! Plum! Za chwilę zacznę walić głową w ścianę, wszystko byle wyzbyć się tego dźwięku z głowy. Plum! Nie wytrzymam. Plum! I nie wytrzymałam. Plum. Zerwałam się z miejsca i zaczęłam krzyczeć wściekle. Pochyliłam się do przodu piszcząc aż zdarłam gardło. Esper przytkała tylko uszy, Elliot skrzywił się dodatkowo, zaskoczony moim wybuchem. Mój wrzask poniósł się echem po więziennych korytarzach, odbijając od ścian i nabierając jeszcze bardziej tragiczny i przerażający oddźwięk. Kiedy skończyło mi się powietrze, a gardło było zdartą tarką, przykucnęłam chowając głowę między kolanami.

*  *  *
      Parę godzin temu zawitał u nas jakiś zakapturzony facet i zabrał ze sobą Elliota. Wziął go do naukowców. Mój brat nawet nie próbował protestować, to nie miało najmniejszego sensu. Wszystkich nas czekał taki los i tyle. Ja również nie próbowałam oponować. Jednak się załamałam. Obiecałam sobie, że się nie rozkleję, że nie dam Stowarzyszeniu satysfakcji. I nici z tego. Nie potrafiłam tego znieść. Załamałam się gorzej niż na wieść o tym, że Devid miał mnie zamordować. Co prawda przeżywałam to w trochę inny sposób, ale w środku byłam jeszcze bardziej zrujnowana. Nikt nie chciałbym wiedzieć co działo się teraz w mojej głowie, jakie myśli w niej gościły, co mi do niej przychodziło. W sercu czułam pustkę, nie tlił się w nim nawet nikły promyczek nadziei. Zgaszono go, tym samym zgaszono i mnie. Kiedyś byłam szczęśliwa, choćby i w domu dziecka, nie był to wymarzony okres w moim życiu, nienawidziłam go, lecz z czasem wyzbyłam się tych przykrych uczuć. Było to wtedy, gdy życie zaczęło mi się układać, gdy zamieszkałam z ciotką. A potem znowu upadłam, nastąpił splot miażdżących komplikacji i życiowych problemów. Z tym okresem wiąże się dużo wspomnień… niekoniecznie ciepłych, nieprzyjemne zdarzenia też miały miejsce… Jednak naprawdę poczułam, że w pełni żyje, kiedy trafiłam do Szkoły. Znalazłam tam miejsce dla siebie, swój kącik na Ziemi. Znalazłam tam miłość i grono ludzi, którzy mnie rozumieją.
       A teraz to straciłam.
       Dlaczego?
       Zadaje proste pytanie: czemu?
       Niestety, nie ma na nie prostej odpowiedzi.

*  *  *
- Lorren FrostyBlast- zawołał na mnie mężczyzna, który mocował się z ostatnią kłódka, od naszej celi.- Jesteś następna.
      Uniosłam na niego zrezygnowany wzrok. Jak człowiek człowiekowi może zgotować taki los? W starożytności prześladowania były na porządku dziennym, zdawałoby się, że w XXI wieku zaniechane zostaną tak barbarzyńskie postępki. A jednak, Nadnaturalni są ścigani, tępieni i mordowani. Historia zatacza koło. Było okrucieństwo, jest i będzie. Ludzkiej natury nie da się zmienić. Zawsze znajdziemy osoby, które nie będą posiadały krzty poczucia moralności, które pociągną za sobą kolejnych i zmienią ich w bezduszników. Istnieje wiele czynników dla których człowiek jest w stanie poświęcić czyjeś życie. W tym wypadku jest to zwykła ciekawość. Naukowcy próbują ją zaspokoić, lecz zawsze im mało.
      Wstałam i posłusznie podążyłam za Czarnym, pozostawiając Esper samą w lochu.
      Mężczyzna skuł mi ręce na plecach i przeprowadził zawiłymi korytarzami wprost do kamiennej klatki schodowej. Idąc za nim obojętnie przyglądałam się wszystkiemu dookoła, chciałam dokładnie zapamiętać rozplanowanie korytarzy i drogę do wyjścia… W końcu nigdy nie wiadomo kiedy może mi się przydać taka wiedza. Zauważyłam kilka oznaczeń na ścianach i podłodze. Były to strzałki wyryte w cegle, z podpisami typu: „Blok002PL” lub „Blok057D” domyśliłam się, że cyfra to zwyczajny numerek bloku, a litera to symbol danego kraju.
       Czułam się dziwnie odprężona i rozluźniona. To zadziwiało mnie samą… Nie potrafię wytłumaczyć swoich zachowań i odczuć, ale mogę zapewnić, że wszystko mi się pomieszało. Było mi obojętne co zaraz się ze mną stanie, czy mnie poćwiartują, powstrzykują dziwne narkotyki, każą coś wdychać. Zwisało mi to. Jedyne co zasiało w moim sercu niepokój to brak Elliota. Czemu nie wrócił z badań, skoro wywołano już mnie? Czy będą nas tam przetrzymywać dłużej niż kilka godzin? Może już nie wrócę do swojego bloku? Może do końca życia będę tkwiła na stole operacyjnym, przypięta do niego pasami i obserwowana przez szalonych doktorków?
       Szłam spokojnie, nie zaszczycając swym wzrokiem Czarnego.
- To ciebie miał zabić ten dzieciuch Rouzier?- zapytał mężczyzna spoglądając na mnie z ukosa.
- Tak- syknęłam, a słysząc nazwisko tego drania poczułam jak szron pokrywa mi paznokcie i palce.
- Nie chciałbym się znaleźć teraz w jego skórze- ciągnął dalej Czarny, był nad wymiar gadatliwy. Co mnie to obchodzi? Co mnie obchodzi los Devida?!- Lyx zgotował mu piekło. Skatował chłopaka, a potem zdegradował ze stanowiska skrytobójcy do zwykłego popychadła, które nosi czerstwy chleb więźniom. Nie obchodzi cię to?
- Nie.
     Czarny uniósł tylko brwi i zamilkł, gdyż korytarzem poniósł się wściekły pisk. Ktoś krzyczał i wiszczał. Czarny przyśpieszył, pociągając mnie za sobą i skręcając w boczną odnogę korytarza. Przeprowadził mnie przez czarny korytarz i powiódł na schody do góry. Naprawdę nie wiem czemu nie mogliśmy jechać windą?! Wrzaski się nasilały. Głos był już mocno nadwerężony i zmęczony. Ktoś kto piszczał był już mocno zmęczony. Przez głowę przemknęła mi tragiczna myśl… Co jeżeli to jakiś Nadnaturalny, który leży teraz na stole naukowców…? Co jeśli to Elliot? Zaschło mi w gardle. Tera samowolnie przyśpieszyłam, byleby jak najszybciej dotrzeć do źródła głosu. Mężczyzna przeprowadził mnie na jeszcze wyższe piętro. Oboje niemalże wybiegaliśmy po dwa stopnie. W końcu dotarliśmy do nowoczesnych partii budynku. Do pięter z laboratoriami. Czarny wprowadził mnie do przeszklonego korytarza. Widziałam wszystko pode mną, obok mnie, czułam się tak jakbym była w powietrzu. Co prawda miałam opory przed wstąpieniem na przeźroczystą podłogę, ale zrobiłam to już bez cienia zawahania, gdy usłyszałam kolejny przeraźliwy krzyk. Wtedy też, w dole, pod sobą, zobaczyłam czterech członków stowarzyszenia mocujących się z wściekła, wierzgającą dziewczyną. Przytrzymywali ją za nogi i ręce, unosząc w powietrzu. Ona gryzła ich, wrzeszczała i próbowała się wyrwać, kopiąc nogami. Domyśliłam się, że jest to jakaś Nadnaturlana. Wyglądała na osobę w moim wieku, może nawet młodszą, ciężko było stwierdzić. Miała ostry makijaż, ciemne włosy, o rażących, krwistoczerwonych końcówkach, w totalnym nieładzie, przez ciągłe miotanie się. Miała na sobie za duży, czarny podkoszulek jakiegoś zespołu, na nogach miała czarne, podarte rajstopy i dżinsowe szorty, lecz najbardziej moją uwagę przyciągnęły jej buty- żółte glany. Złapałam się na tym, że przykleiłam się do półokrągłej, szklanej ściany tunelu i gapiłam się na nieszczęśnicę bezczelnie.
- Znowu ona- warknął mężczyzna, stojący obok mnie.- Przeklęta Polka, sprawia najwięcej kłopotu! Już dawno mówiłem, żeby ją zabić, ale nie, naukowcy się nie zgodzili! Chodźże już!
      Pociągnął mnie dalej brutalnie.
      Przeprowadził jeszcze przez kilka podobnych korytarzy. Wszystkie wyglądały tak samo, szybko straciłam orientacje w terenie i nie mam pojęcia jak Czarny się tu odnajdował. W końcu doprowadził mnie do stalowych drzwi,  podobnych do tych, którymi wprowadzono nas do bazy. Mężczyzna wystukał dziwaczny kod na malutkiej klawiaturze obok i drzwi ze zgrzytem stanęły przed nami otworem. Stanęłam w sterylnym, szpitalnym  korytarzu. Dotarły do mnie dziwne krzyki i dźwięki maszyn. Poczułam się jak w poczekalni stomatologicznej. Przełknęłam ślinę. Dopiero teraz poczułam ucisk w żołądku i gule w gardle. Czarny wepchał mnie do środka i zrobił dwa kroki przede mnie, spoglądając w głąb korytarza. Otworzył usta by kogoś zawołać, lecz uprzedził go głos:
- Już idę, idę!
      Po chwili zza zakrętu wyłonił się młody chłopak o brązowych włosach i śniadej cerze. Miał duże, brązowe oczy, był wysoki i nosił biały fartuch. Chociaż nie wyglądał mi na naukowca.
- Isaac! Szybciej!- wrzasnął na niego Czarny i zgromił go spojrzeniem. Chłopak przyśpieszył.
     Podszedł do mnie z uśmiechem i poprosił bym poszła za nim. Nie miałam innego wyboru, więc podążyłam za nim. Nie odzywał się do mnie przez całą drogę, nawet nie sprawdzał, czy za nim idę. Kusiło mnie by zawrócić i pobiec ile sił w nogach, lecz moją ucieczkę udaremniono by zanim zdążyłabym zrobić choć dwa kroki. Isaac przeglądał jakieś dziwne wykresy i papierzyska, zapewne wyniki badań.
     Zatrzymał się przed jednymi drzwiami i zaprosił mnie do środka. Spojrzałam na niego nieprzychylnie i warknęłam, że jeśli mam wejść do środka, to musi otworzyć mi najpierw drzwi, gdyż jestem skuta. Wtedy oprzytomniał i oderwany od lektury, otworzył mi drzwi zmieszany.
     Weszłam do środka, tak jak postanowiłam, z uniesioną głową. Moim oczom ukazał się stół operacyjny i mnóstwo dziwacznych machin, które stały naokoło niego. Następnie spojrzałam wyniośle na naukowców i laborantów w białych kitlach, którzy zajmowali się mieszaniem jakiś dziwnych wywarów w probówkach, stali przy mikroskopach i nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi.
- Doktorze Odar, to obiekt 139USA, gotowy do badań.
      Ciekawe, czyli dla nich jestem obiektem nie osobą… Miło.
- Świetnie! Obiekt badamy pod kątem pokładów lodu?- zwrócił się do Isaaca doktor. Facet miał na nosie okrągłe okulary, które sprawiały, że jego twarz zdawała się jeszcze bardziej okrągła. Odar był dosyć pulchny… To mało powiedziane. Guziki od jego kitlu ledwo się dopinały na jego beczułkowatym brzuchu.
         Nagle z miejsca zerwali się pozostali naukowcy, którzy wcześniej nie zwrócili na mnie uwagi. Jeden z nich złapał mnie za ramiona i brutalnie pociągnął do stołu operacyjnego. Rozkuto mnie, lecz nadal przytrzymywano. Byłam osaczona. Instynktownie zaczęłam się wyrywać. Zaczęłam krzyczeć aby mnie zostawili. Nie wiem co sobie wyobrażali?! Że co?! Dam się im tak po prostu zbadać?! O, nie, nie ma mowy! Wierzgałam ze wszystkich sił, lecz naukowcy byli silniejsi. Jeden z nich spoliczkował mnie mocno. Policzki mnie piekły, ale nadal się wyrywałam, krzycząc o pomoc. Laboranci zdołali położyć mnie na stole operacyjnym i przytrzymywali mnie teraz ze wszystkich sił. Ja zaś wykorzystując wszelkie pokłady energii wyrywałam się i wrzeszczałam, dopóki nie wciśnięto mi knebla w usta. Napierali na mnie, a ja powoli się męczyłam. Dwóch mężczyzn w bieli zaciskało mi już metalowe okowy na nogach. Kolejni przygwoździli mi ręce, ale ja nadal próbowałam się wyrwać. Obok mnie stał doktor Odar i beztrosko gmerał w papierach. Spojrzałam na niego z zawiścią, lecz on tego nie mógł dostrzec.
- Isaac, możesz odprowadzić obiekt 140USA- zwrócił się do chłopca, przeglądając moje dane.
- Doktorze?- zawahał się tamten.- Ten obiekt nie przeżył ostatniego testu. Zmarł na stole operacyjnym.
- Doprawdy?- zdumiał się doktor, unosząc wzrok znad notatek.- Przypomnij mi kto to był.
- Powietrze, Elliot FrostyBlast.